Koci szpitalik

Przedstawiamy Koci Szpitalik – miejsce szczególne, w którym leczą się pacjenci w większości nieoswojeni i niemedialni.

Odcinek 1: Kim są pacjenci Szpitalika?

Ot, bury kocur z działek, czarno-biała kotka z cmentarza, jakiś czarny kot z osiedlowego śmietnika. Dorosłe, żaden nie chce kontaktu z człowiekiem, nie nadają się do adopcji.

Zakładamy, że jeśli kot wolnożyjący trafia na sterylizację, to najprawdopodobniej będzie to w jego życiu jedyna okazja, by zbadał go weterynarz. I niech z tej okazji skorzysta!
U nas koty się serwisują, a potem wracają na swoje śmieci i dalej o siebie nie dbają i ubezpieczenia zdrowotnego nie opłacają;)

Na co chorują bezdomne koty?
Pakiet standardowy to katary i biegunki – to chyba najczęściej (świerzbowiec czy pchły są tak banalne i częste, że nawet nie liczę ich jako osobnych jednostek chorobowych). Poza tym problemy z zębami (zwłaszcza u starszych kotów – zepsute albo wybite zęby, kamień) i oczami (zwłaszcza u młodszych kotów – infekcje, ropnie).
Bardzo częste są urazy, nie tylko spektakularne złamania, ale i niespektakularne, za to bolesne ropnie i rany od pogryzień. Są też nowotwory, szczególnie u kotek – guzy na listwie mlecznej, ale też np. polipy w uszach i nacieki na dziąsłach.

Jak się leczy takie koty?
Przede wszystkim: szybko.
To koty dzikie, które na czas leczenia skazane są na klatkę i kilkukrotny w ciągu dnia kontakt z człowiekiem. Każdy zastrzyk, tabletka, kroplówka, maść do oka czy ucha – to ogromny stres. Koty różnie go znoszą, niektóre bardzo się boją, inne, trochę śmielsze, wykorzystują czas leczenia na najedzenie się porządnym żarciem;)

Chore koty są diagnozowane: mają badaną krew, w razie potrzeby – RTG, USG i ewentualnie badania niestandardowe (niektóre wykonywane poza Toruniem). Wszystkie koty, które tego potrzebują, są poddawane operacjom: połamane kości się składa, kamień nazębny się czyści, guzy usuwa. Jeśli potrzebują leczenia – dostają takie leki, jakie zaleci weterynarz.
Krótko mówiąc, koty są obsługiwane kompleksowo i leczone tak, jak nasze domowe koty.

Jak się podaje leki dzikim kotom?
Przede wszystkim: szybko:)
Większość dzikich kotów w klatkach jest spokojna i wycofana. Każdy kot ma w klatce nie tylko kuwetę i miski, ale też swój własny transporter, żeby mógł się schować. Wprawne ruchy pozwalają szybko podać zastrzyk i wycofać dłonie.

Do dyspozycji są też grube, zębo- i pazuroodporne rękawice. Kot naprawdę dziki-dziki, który chce nas żywcem pożreć, trafia się parę razy w roku.
Specjalistkami w obsłudze dzikunów są Asia i Lidka.
Czasem któraś z dyżurujących wolontariuszek zgłasza: ‚temu kotu w klatce nie posprzątałam, bo się go boję’.

Kto za to płaci?
To wszystko dzieje się dzięki Wam – darczyńcom.
Co roku dostajemy dofinansowanie w wysokości ok. 20 000 zł, ale to pieniądze w całości przeznaczone wyłącznie na sterylizacje (zresztą kończą nam się zwykle ok. połowy roku).
Na leczenie i utrzymanie kotów nie dostajemy żadnych środków poza Waszymi wpłatami i 1% podatku.


Rocznie przez szpitalik przechodzi ok. 100-120 kotów.
Rok 2015 był rekordowy – 148.

Wyobraźcie sobie: to tak, jakby 3 razy tygodniu trafiał do Was chory kot. Koty siedzą u nas tak długo, jak potrzebują, niektóre kilka dni, inne – kilka tygodni. W szpitaliku zatem zawsze jest kilkoro pacjentów. Ich leczenie, banalne i niemedialne, odbywa się niejako w tle: na stronie www i na facebooku pokazujemy przede wszystkim koty oswojone – bo dzięki takim wpisom, zdjęciom, Waszym udostępnieniom i komentarzom takie koty mają większe szanse na adopcję.
Koty nieoswojone stresują się aparatem fotograficznym, unikają kontaktu wzrokowego albo czujnie podpatrują, czy przypadkiem ich nie zaatakujemy.

Uzupełniająco tylko dodam, że poza kotami szpitalikowymi mamy ok. 20-30 kotów w kociarni [oswojone, adopcyjne], ok. 80-100 kotów wolnożyjących do dokarmiania i ponad 300 sterylizacji (dane za ub. rok).


Wiecie, jak wyglądałaby nasza strona i profil na facebooku, gdybyśmy pokazywały każdego leczonego kota? Zobaczcie na fotki poniżej – to typowe przypadki. Nudne, banalne, bez fajerwerków.

Powiem też szczerze: nasz szpitalik ma większe możliwości – mamy lokal, zaplecze, warunki, dobrych weterynarzy, wolontariuszki, wiedzę i doświadczenie. Z naszej pomocy mogłoby korzystać więcej kotów.
Co jest przeszkodą? Też banał: ograniczenia finansowe.


Tak zwany ‚typowy przypadek’, nic szczególnego.
Osiedlowy zabijaka. Rozległy ropień na łapie. Podarte uszy, poraniony pyszczek.
Wyleczony, wykastrowany, wypuszczony.
Jeden ze 148.


‚Typowy przypadek’.
Kotka wolnożyjąca, nasza stara znajoma z akcji sterylizacji.
Parę lat po sterylce wróciła do szpitalika na leczenie, bo karmicielka zgłosiła, że kotka przestała jeść – okazało się, że ma bardzo częsty u kotów problem: fatalny stan dziąseł i zębów. Musiała mieć usunięte wszystkie zęby.
Przy okazji możecie zobaczyć, jak wygląda szpitalikowa kawalerka: transporter, kuweta, miski z wodą, chrupkami i mięsem. Koty, których leczenie trwa dłużej, dostają większe klatki.


‚Typowy przypadek’.
Niebieski – wolnożyjący Działkowiec po wypadnięciu prostnicy.
Wyleczony, wykastrowany, wypuszczony.
Jeden ze 148.


Tzw. ‚lekki przypadek’ – kocurek z katarem i świerzbem.
Miał być ‚tylko na kastrację’, oczywiście.


Tzw. ‚ciężki przypadek’.
Killer, uliczny wojownik. Agresywny, dziki dzikus, chciał nas zagryźć i zadrapać. Serio.
Trafił do nas ‚tylko na kastrację’, odłowiony do klatki łapki po wielu nieudanych próbach.
Na miejscu się okazało, że ma zapalenie oskrzeli i polip w uchu. Zmiana nowotworowa sięgała głęboko w stronę czaszki. Dlatego też operacja była bardzo rozległa: amputacja małżowiny usznej z ablacją przewodu słuchowego, usunięciem ślinianki i pobliskiego węzła chłonnego.
Na zdjęciu – Killer po operacji. Ma dodatkową kartonową kryjówkę, bo nie mógł znieść nawet naszego widoku.
Niestety, Killer przegrał walkę z rakiem [*]

Niektórych pacjentów Kociego Szpitalika możecie poznać tutaj.
Koty specjalnej troski, które leczyły się w naszym szpitaliku w roku 2013 możecie zobaczyć tutaj (album na facebooku), a w roku 2014 – tutaj. Kilka kotów z początku roku 2015 można też podejrzeć tutaj.


Odcinek 2: Skąd bierzecie tyle kotów do leczenia?

Zawsze zaczyna się tak samo: dzwoni telefon. 99% kotów w Szpitaliku wzięło się z telefonu.
Ludzie dzwonią codziennie, kilkanaście, kilkadziesiąt razy, nie patrzą, czy dzień wolny, godziny robocze, szósta rano czy północ. Nie zwracają uwagi na miasto, opowiadają o kotach ze Szczecina, Wrocławia i spod Kielc.

Odbiera Lidka. Zawsze.

Tylko ona z naszego zespołu ma odpowiednią odporność psychiczną, by wytrzymać presję, szantaże, groźby, żądania i zwierzenia dzwoniących. Jeśli więc kiedykolwiek dzwoniliście ‚do Fundacji’, rozmawialiście z Lidką. Tą Lidką, którą widzicie na zdjęciu w klatce:


(fotka zrobiona z okazji odkażania całego Szpitalika i sprzętu).

Przy okazji – Lidka jest prezeską Fundacji.
I wszystkie jesteśmy jej bardzo wdzięczne, że to ona wzięła na siebie obsługę telefonu.

Część tych telefonów to nasze znajome karmicielki, które zgłaszają nowe koty do sterylizacji albo informują, że któryś z kotów pod ich opieką choruje. Bardzo cenimy taką współpracę, bo dzięki tym karmicielkom wolnożyjące koty są zadbane: dokarmiane, wysterylizowane, w razie potrzeby – leczone. Zdarza się, że np. parę lat po sterylizacji wracają do nas te same koty, tym razem na czyszczenie ropni, usuwanie zepsutych zębów albo składanie połamanej łapy. Wyleczone – znów wracają na swoje śmieci. To koty wolnożyjące, nie nadają się do adopcji.
I dla nich głównie jest Szpitalik.

Znaczna część telefonów to telefony od ludzi, hmm, dziwnych.

Dzwoni pani z pytaniem czy może oddać do Fundacji kota staruszka z 1 zębem. Dlaczego?
Otóż jej syn kota nie lubi i goni go po mieszkaniu.
Wizualizujecie sobie trzylatka, którego mamusia nie potrafi opanować.
– Ile lat ma syn?
– Nie, no dorosły jest syn.

Albo dzwoni pani, która kilka miesięcy wcześniej adoptowała od nas kotkę. Otóż jej 15-letnia córka zaszła w ciążę. Między piersiami wyskoczyło jej 7 krostek. Pediatra kazał się natychmiast pozbyć kota.
Na miejscu się okazało, że ani na balkonie, ani w oknach nie ma siatek zabezpieczających dla kota, które właściciele mieli założyć ‚jak tylko się zrobi cieplej’. Na zwróconą uwagę reakcja:
– I widzi pani? Niepotrzebne żadne siatki, kot sobie normalnie chodzi po parapetach przy otwartym oknie i nie spada!
To był ostatni raz, kiedy wydałyśmy kota do adopcji do domu, w którym nie ma zabezpieczonych okien/balkonu. Nie wierzymy już, że ktoś założy siatki po adopcji.
Kotka z tego telefonu zamieszkała na stałe u Justyny, naszej wolontariuszki i zoofizjoterapeutki (Sprawne Łapy).

Albo rozmowa z niegdysiejszą znajomą.
– A wiesz, że tego kota, którego tam kiedyś kastrowaliście, to samochód przejechał? Jakoś z tydzień temu, a on dalej żyje, tylko tak sobie leży jakoś.
Kot z tej rozmowy: cały poraniony, w ranach – ropa i martwica, wyłamana kość ze stawu biodrowego. Rany długo się goiły, szwy się rozłaziły – bo za późno podjęto leczenie.
Kot miał dom. Codziennie odprowadzał dzieci do szkoły przez dwupasmówkę, normalna sprawa przecież, nie? No i się zdarzyło, że samochód go potrącił, bywa. Więc właściciele uznali, że albo się wyliże, albo nie, jak to kot.
W Szpitaliku się ogarnął, po wyleczeniu został u Lidki na stałe.

Takie rozmowy są trudne, bo wymagają natychmiastowej oceny sytuacji i podjęcia działań: organizacji akcji przyjęcia kota, poinstruowania osoby dzwoniącej, jak pomóc kotu (lub sobie), edukacji. Różnie, wszystko zależy od sytuacji.
Lidka ma robotę trochę jak dyspozytorka na 112.


I jeszcze jedna ważna sprawa.
Z oczywistych względów nie mamy możliwości przyjęcia wszystkich kotów z telefonu.
Miejsc w Szpitaliku jest 14.
Kociarnia dla zdrowych kotów ma ok. 70 metrów, mieszka w niej max 30 kotów.
Nie jest sztuką przyjąć kolejne 10, 20 czy 30 kotów – ale taka decyzja byłaby skrajnie nieodpowiedzialna: w tak dużym skupisku kotów szybko rozprzestrzeniają się choroby, również te lekooporne, a koty żyjące w zagęszczeniu, w stresie mają obniżoną odporność, częściej chorują i mają problemy behawioralne – co z kolei zmniejsza ich szanse na adopcję. Błędne koło, którego konsekwencją byłoby utknięcie ze stadem chorych, nieadopcyjnych kotów. Wtedy nie tylko nie pomogłybyśmy kolejnym kotom, ale i zaszkodziłybyśmy tym, które już by u nas siedziały.

Dlatego prosimy o wyrozumiałość wszystkich, którzy do nas dzwonią i piszą z prośbą, błaganiem i żądaniem przyjęcia kolejnego kota. Robimy wszystko, co możemy, żeby POMÓC. Nic więcej, ale i nic mniej. Dobra i skuteczna pomoc to mądra pomoc.


Odcinek 3: Kto to wszystko sprząta?

Kocia służba:)

Szpitalik obsługują wolontariuszki Fundacji. Codziennie, świątek piątek, doglądają, sprzątają, podają leki i głaszczą. Ponieważ każda z nas ma swoją rodzinę i pracę – w Fundacji są dyżury.

Po dwa dyżury w tygodniu mają Beata i Justyna P. (jeden z dyżurów dzieli z Anią), pozostałe dni obstawiają Olga, Natalia, Justyna M. i Agnieszka. Dyżur obejmuje nie tylko Szpitalik, ale i główną kociarnę (gdzie mieszkają zdrowe koty do adopcji). Porządne posprzątanie tego zoo zajmuje ok. 5 godzin – w tym czasie trzeba posprzątać kuwety i podłogi, umyć i napełnić miski, odkłaczyć drapaki, umyć ściany (bo Kot Białas sika), powymieniać zużyte podkłady i posłanka, nastawić/wyjąć pranie.

Nad całością czuwają Asia i Lidka – one na bieżąco kontrolują stan kotów, podają leki, jeżdżą do weterynarza, porządkują zapasy i dokumenty. W sytuacjach awaryjnych przejmują dyżury.

Szpitalik jest miejscem dla kotów chorych, dlatego porządek jest bardzo ważny.
Pomieszczenie Szpitalika jest oddzielone od kociarni długim korytarzem – te miejsca nie sąsiadują ze sobą przez drzwi. Minimalizuje to ryzyko zarażenia – praktycznie się nie zdarza, żeby koty w kociarni podłapały chorobę od szpitalikowych.
Ze względów bakteriologicznych każdy kot w Szpitaliku ma własną kuwetę i miski, często odkażane. Klatki, w których mieszkają koty, mają podłogi wyłożone linoleum – to nie tylko ciepłe, ale i łatwe do odkażania tworzywo.

Niezależnie od bieżących porządków, zawsze przed sezonem (sezon to ciepłe miesiące, kiedy można sterylizować koty i bezpiecznie wypuszczać po zabiegach) robimy wielkie odkażanie. Wtedy wszystkie sprzęty są wynoszone ze Szpitalika i dokładnie myte, odkażane są ściany i najdalsze zakamarki podłogi i kaloryfera (kaloryfer to nasz fundacyjny koszmar – same szczeliny!). Takie odkażanie trwa cały dzień, angażuje sporą ekipę – to okazja do imprezy towarzyskiej połączonej z inhalacjami Virkonem (to środek odkażający).

Zachęcam do obejrzenia wszystkich poniższych zdjęć – pokazują one szpitalikowe realia i codzienną pracę.


Jeśli chcecie wesprzeć koci szpitalik, możecie przekazać 1% podatku Fundacji KOT, nr KRS: 0000230788.
Więcej informacji i darmowy program do rozliczeń PIT znajdziecie tutaj: http://fundacjakot.pl/1-procent.
Możecie też wpłacić darowiznę na konto:
Fundacja KOT
07 1090 1506 0000 0001 0369 0336
PayPal: pomagam@fundacjakot.pl
Więcej informacji o możliwościach pomocy:
fundacjakot.pl/pomoc



Szpitalikowa kawalerka.


Jeden z pacjentów w małej kawalerce – te klatki wykorzystujemy, kiedy większe są zajęte, a kota trzeba przetrzymać tylko kilka dni.
Na zdjęciu kocurek, który przy okazji kastracji został pozbawiony chorych zębów. Kocurek jest wolnożyjący, wrócił na swoje miejsce bytowania pod opiekę karmicielki.
Na każdej kawalerce wisi kartka z informacją, skąd i kiedy został przywieziony pacjent oraz jakie leki dostaje.


Bezogonki z lampą:)
Kocurek i kotka poznali i zaprzyjaźnili się w szpitaliku, a potem razem zamieszkali w domu adopcyjnym.


Cytrynka po operacji we własnej kawalerce.
Niestety, Cytrynka przegrała walkę z nowotworem [‚]


Jak widać, koci lokatorzy nie dbają o porządek;)
Początek dyżuru bywa trudny…


Kocia służba – Justyna na dyżurze.
Na Justynie siedzi Charlie (młody kocurek do adopcji).


Impreza odkażająca.
Na tych stelażach zazwyczaj stoją klatki.
Wszystkie sprzęty w Szpitaliku muszą być odporne na szorowanie, czyszczenie i środki odkażające.
W tle widzicie koszmarny kaloryfer.


Udostępniajcie i linkujcie nasze wpisy na Facebooku i w innych mediach społecznościowych – to również ważna i cenna pomoc.

4 komentarzy do “Koci szpitalik

  1. Witam!

    Robicie naprawdę super robotę. Wierzę, że jak nadejdzie i Wasz czas na pójście na drugi świat to traficie do ludzkiego TM :P Trzymam kciuki, co jakiś czas wysyłam po 1 zł lub trochę więcej, bo jestem osobą bezrobotną, a wiadomo jak to jest wtedy z pieniędzmi. Życzę jak najlepiej, jak najwięcej zadowolonych Kotów i jak najwięcej pieniędzy i miejsca, by Ich „upchać” :)

    Z poważaniem
    Jacek Murawski

  2. Korzystałem z pomocy szpitalika, a właściwie kot dzikusek – przybłęda, został wyleczony ze świerzbowca i wykastrowany. Chorował tydzień.pozdrawiam

  3. Dzięki wam udało się wysterylizować kotkę która od dwóch lat dokarmiamy. Dziękuję bardzo bardzo. Wy nam pomogliscie, teraz my będziemy pomagać wam. Jesteście wielcy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *